Być jak produkt z Tindera

1 0

Być jak produkt z Tindera

Zgodnie z definicją zaproponowaną nam przez Wikipedię i jednocześnie wyświetlaną przez wyszukiwarkę Google, Tinder to „mobilny portal randkowy korzystający z technologii lokalizacji. Dostępny jest jako aplikacja na systemy operacyjne iOS oraz Android, ponadto w wybranych krajach można z niego korzystać w przeglądarce internetowej”. Tyle definicji, która jest prosta, czytelna i zrozumiała dla przeważającej większości odbiorców. A co tak naprawdę kryje w sobie Tinder i czy rzeczywiście jest tylko portalem łączącym ludzi. Zapraszam na krótki felieton.

Tinder zadebiutował w sierpniu 2012 roku na amerykańskich uczelniach wyższych jako aplikacja napisana przez grupę programistów pasjonatów. Wraz z kolejnymi aktualizacjami
i tym samym rozwojem programu, Tinder osiągnął w końcu poziom globalny, pozwalając tym samym na logowanie się oraz zakładanie kont ludziom niemal z całego świata. W swoim zamyśle miał być aplikacją randkową, opartą na zasadach zbliżonych do innych socjalmedia, takich jak Facebook czy Instagram. Jednak w tym przypadku poznawanie nowych „znajomych” miało skutkować osiągnięciem bardzo konkretnego celu – zacieśnianiem relacji międzyludzkich i tym samym budowaniem związków. Promowane jeszcze niedawno hasło „Poznaj kogoś na jedną noc lub na całe życie”, które miało być wizytówką aplikacji, dodatkowo wskazywało w jakim kierunku medium powinno się rozwijać i do czego służyć użytkownikom. Tyle radosnej teorii, teraz czas na smutną i prowadzącą do refleksji praktykę.

Każdy użytkownik, który zakłada konto na Tinderze, staje się automatycznie jego produktem. Tinder nie jest miejscem, w którym trzeba się jakoś szczególnie wykazać. Mało kogo interesuje to, jaki tak naprawdę jesteś drogi użytkowniku – jakie masz pasje, talenty, czym się interesujesz, czego nie lubisz, a co wprawia cię w zachwyt czy w apatię. Nie liczy się to, kim jesteś i czym się zajmujesz na co dzień. Twoja podmiotowość jest tylko zbędnym dodatkiem do tego, jak przedstawiasz się na ekranie aplikacji. A miejsca na taką autoprezentację nie ma wcale tak dużo. Twoje imię lub pseudonim, twój wiek i krótki opis tego, co cię charakteryzuje i wyróżnia od pozostałych. No i oczywiście zdjęcie, na którym trzeba wypaść jak najlepiej, a szczytem finezji jest zrobienie tego tak, żeby potencjalny odbiorca był zszokowany i zafascynowany zarazem. Nieszablonowa fotografia, niebanalny opis i budząca zainteresowanie nazwa – to jest to, dzięki czemu osiągniesz sukces. Jesteś jak produkt na półce w wielkim sklepie internetowym, gdzie miliony ludzi z całego świata jednym gestem palca na swoim smartphonie przesuwają kolejne okienka, żeby dotrzeć do kolejnego produktu. Tutaj nie ma czasu, ani tym bardziej potrzeby, aby poznać cię lepiej, zrozumieć twoją głębię, twoje człowieczeństwo. Konto na Tinderze, to konto produktu wymagającego ciekawej oprawy, przyciągającego oko opakowania i tego „czegoś”, co pozwoli wyróżnić ci się spośród innych. Jeżeli się nie sprzedasz, nie trafisz na rynkową niszę, to nie masz szans zaistnieć. A przecież właśnie o zaistnienie chodzi.

Nie będę publikował tutaj powszechnie dostępnych badań przeprowadzonych w 2017 roku na temat użytkowników Tindera, ponieważ nie jest to moim celem. Pisząc felieton, chciałem podkreślić mocno powierzchowny charakter aplikacji – przepełniony prowizorycznością i płaskim materializmem. Tinder jest idealny do przeistoczenia siebie z podmiotowego człowieka, w przedmiotowy produkt, który musi dostosować się do oczekiwań innych, aby osiągnąć zamierzony cel. Czy młodzi ludzie chcą być produktem? Na to pytanie każdy z nich musi odpowiedzieć sobie sam.

(zdjęcie: pixabay.com)

Jarosław Szeler

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Facebook