Historia lubi się powtarzać?

2 0

Historia lubi się powtarzać?

Perfumy damskie_kreacje świąteczne - zobacz ceny

Cofnijmy się na chwilę w czasie

O dwa lata. Jest maj 2018 roku, sezon polskiej ekstraklasy jest już na finiszu. Do Poznania przyjeżdża odwieczny wróg publiczny nr 1, i główny pretendent do tytułu mistrza Polski – Legia Warszawa. Sytuacja dla poznaniaków jest o tyle frustrująca, że z tej dwójki jedynie Legia ma szansę na tytuł. Mało tego, wygrywając przy Bułgarskiej zapewni go sobie nie musieć patrzeć na wyniki z innych stadionów. W Poznaniu więc mobilizacja: zrobić jak najwięcej, by to Legii utrudnić, a najlepiej uniemożliwić. Nic z tego. ,,Kolejorz” mimo wsparcia kibiców jest tego dnia bezradny. Stanowi jedynie cień dla brylującej Legii, a gdy w końcówce, przy stanie 0:1 Michał Kucharczyk wbija drugiego gola ,,lechitom” publika w stolicy Wielkopolski uświadamia sobie, że jest już pozamiatane. Poznański ,,Kocioł” w napadzie szału postanawia zareagować. Dosłownie. Zamiast dopingu, przerywa mecz. Na płytę murawy lecą race, świece dymne, petardy. Interweniuje policja. Staje się jasne, że ten mecz już się skończył, a Legia do Warszawy przywiezie złote medale. Prosto z jaskini lwa. Następnego dnia media będą pisały o świetnej Legii, i żenującym, zarówno na boisku jak i poza nim, Lechu Poznań…

Mistrzowska siesta w jaskini wroga

Po meczu kipiący wściekłością ,,lechici” w popłochu opuszczają stadion. Letarg, w jaki zapadli miesza się z biernością. Obserwowanie celebrowanego, mimo że jedynie symbolicznie, mistrzowskiego tytułu przez Legię na ich stadionie to potwarz. Opuszczają stadion ze spuszczonymi głowami i sporą dawką rozgoryczenia, które doprowadziło ich do urządzenia z płyty murawy własnego stadionu pola bitwy, a niektórych z nich zaprowadzi na sale sądową. Może jednak lepiej, że nie będą musieli patrzeć na dalszy rozwój wydarzeń, bo ,,legioniści” przy niemal pustych trybunach bawią się wręcz wybornie. Mistrzowska siesta w jaskini wroga trwa w najlepsze. Nad opustoszałą ,,Bułgarską” unosi się, krzyczana na jakieś 3 tysiące gardeł, salwa tryumfalnych śpiewów:

 

 

Mniej więcej w tym samym czasie tłumy zrezygnowanych ,,lechitów” odjeżdżają ze stadionu. Stadionu, który dla odwiecznego wroga miał być twierdzą nie do zdobycia, a jest miejscem tryumfu. Co więcej: w składzie Legii jest podkupiony za plecami właśnie z Poznania, Kasper Hamalainen…

De Javu?

Dziś, po dwóch latach od tamtych wydarzeń historia może zatoczyć koło. Znowu Legia przyjeżdża do Poznania po trofeum,  znowu dzieli ją od tego malutki kroczek, znowu Lech nie ma już praktycznie szans na mistrzostwo, zatem znowu będzie się działo. By jednak powiedzieć, że obecny stan rzeczy to kalka 1:1 z 2018 roku potrzeba kilku istotnych okoliczności, z którymi – z oczywistych względów – nie będziemy mieli do czynienia. Czemu?

Po pierwsze: od trzech miesięcy nasz kraj trawi bolączka pandemii koronawirusa, która zatrzymała rozgrywki piłkarskie na jakiś czas. Po powrocie na boiska wraz z piłkarzami, nie wróciła normalność. Kibice mogą, co prawda wejść na stadion, ale mają dostęp do jedynie 25% pojemności trybun. Do tego wprowadzono absolutny zakaz wpuszczania kibiców gości. Ci zaś, którzy wejdą na obiekt muszą przestrzegać sanitarnego reżimu. Inaczej grozi im mandat – nawet do 500 złotych. Więc, po części znów jest normalnie, ale tak jakby nie do końca.

Po drugie: Legia zdominowała rozgrywki. Ma nad drugim Lechem 11 punktów przewagi, tyle samo nad Piastem, a do końca rozgrywek jeszcze cztery spotkania. Na domiar złego: Ci, którzy ewentualnie mogli by spowodować, że w końcówce liga nabierze jeszcze rumieńców nie wykorzystują potknięć lidera. Stąd jedyna realna walka, jaka toczy się na szczycie tabeli PKO Ekstraklasy dotyczy srebrnego medalu, a rozegra się prawdopodobnie między Piastem Gliwice a Lechem właśnie, plus swoje trzy grosze może dorzucić Śląsk Wrocław. Legia przyjeżdża na ,,Bułgarską” jak po swoje, czyli po mistrzostwo. Pozytyw – z poznańskiego punktu widzenia – jest tu taki, że nie będą musieli oglądać radości ,,legionistów” na własne oczy, z wysokości trybun jak w 2018 roku. Marne to jednak pocieszenie.

Oczywiście, to jest futbol, więc wszystko się może zdarzyć, ale nawet jeśli Legia nie zdobędzie tego jednego punktu, którym przypieczętuje swój powrót na mistrzowski szlak w Poznaniu, to chyba nikt nie wierzy, że w kolejnych trzech spotkaniach nie zapunktuje choćby raz, a tylko wtedy goniący ją peleton byłby w stanie wyrwać trofeum warszawianom na ostatniej prostej. To mission impossible. Dlatego też jest wysoce prawdopodobne, że od poznania nowego mistrza Polski dzielą nas już tylko godziny. Zwłaszcza, że miesiąc temu Legia wywiozła z Poznania skromne, ale trzypunktowe 1:0. Zwłaszcza, że teraz potrzebują zaledwie remisu. I zwłaszcza, że upragnionej koronacji mogą dokonać (ponownie) w jaskini odwiecznego wroga. To są te sytuacje w życiu, o których zwykło się mówić – litość to zbrodnia. Lechowi, co prawda będzie kibicować znaczna część Polski, ale i to, może się okazać za mało.

Nieznany bohater drugiego planu

Podejmijmy próbę wyreżyserowania przebiegu sobotniego wieczoru w Poznaniu. Nawet, jeżeli na boisku będzie niemrawo. Nawet, jeżeli od piłkarzy nie doczekamy się spodziewanych po, bądź co bądź, klasyku o zasłużonej proweniencji fajerwerków, to niewykluczone jest, że koniec końców zimne ognie zapłoną. Poznań już je oglądał. Całkiem niedawno, i to takie – rzekłbym – bezprecedensowe.  30 maja, gdy jeszcze spotkania były rozgrywane bez udziału publiczności ultrasi Legii z dość awangardowej grupy ”Nieznani Sprawcy” przeprowadzili akcję, którą wprawili w osłupienie cały piłkarski świat w Polsce, a na pewno środowisko kibiców ,,Kolejorza”. Oto zamiast siedzieć przed telewizorem na domowej kwarantannie postanowili odwiedzić Poznań. W dniu meczu poznaniacy zostali zaszczyceni widokiem transparentów porozwieszanych w rożnych częściach miasta, z takim oto napisem:

Krój liter i kolorystyka odpowiadała barwom miejscowego Lecha, do tego przed meczem z różnych stron Polski napływały informacje o podobnych wyrazach wsparcia dla lokalnych społeczności, więc  prawdopodobnie nikt nie przypuszczał, że maczała w tym palce Legia Warszawa. A jednak.

Słowa transparentu bynajmniej nie miały na celu dodania otuchy mieszkańcom Poznania w tym trudnym czasie, a tym bardziej kibicom Lecha, ale stanowiły zapowiedź tego, co miejscowych czeka tuż po ostatnim gwizdku sędziego. To właśnie wtedy za stadionem Lecha ultrasi Legii odpalili serię zimnych ogni i fajerwerków, która sięgała aż nad dach ”Inea Stadionu”, w trzech kolorach. Zgadnijcie jakich?

W sobotę kibice Lecha pojawią się już na meczu, więc ewentualna powtórka ze strony ,,legionistów” byłaby istnym szaleństwem, bo na reakcję ,,lechitów” pewnie nie trzeba by było długo czekać, jednak  któż to może przewidzieć, co na ten wieczór planują ultrasi Legii Warszawa, którzy już zapowiedzieli, że ,,żadna pandemia nie powstrzyma ich przed godnym fetowaniem powrotu na tron”.

Będzie się działo!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Facebook