Miał być gwiazdą Realu Madryt i reprezentacji Brazylii. Dziś zamiast sportowej robi karierę kryminalną…

1 0

Miał być gwiazdą Realu Madryt i reprezentacji Brazylii. Dziś zamiast sportowej robi karierę kryminalną...

Ileż to już było takich historii. Do przejedzenia. Scenariusz jest prawie zawsze taki sam: we wczesnej młodości eksplozja talentu, powszechna opinia wróżonej świetlanej kariery. Potem transfer opiewający na wielomilionowy kontrakt. Wielka kariera na horyzoncie, sława, wywiady, reklamy, fani. Słowem życie jak w bajce. Ale w pewnym momencie wyeksploatowany piłkarz przestaje sobie radzić z piętnem sławy, fanów, zarabianych gigantycznych pieniędzy i … coś w nim pęka. Nagle okazuje się, ku jego i innych zdziwieniu, że to jest tylko człowiek i ma swoje słabości. Co więcej, to najczęściej one powodują, że jeszcze przed ukończeniem trzydziestego roku życia z wielkiej kariery zostaje jedynie garść wspomnień…

Dokładnie taki los spotkał pochodzącego z Brazylii Robsona de Souze zwanego popularnie Robinho. Miał zaledwie 9 lat, gdy wprawił w zdumienie trenerów piłki nożnej w swojej ojczyźnie. Występując w lidze brazylijskiego futsalu w barwach Portuários strzelił bagatela 73 bramki! Od razu został ściągnięty do młodzieżowej drużyny FC Santos, gdzie rozwijał się pod czujnym okiem samego Pele. W 2002 roku podpisał swój pierwszy zawodowy kontrakt, dwa lata później – mając już na koncie tytuł mistrza Brazylii i srebrny medal rozgrywek Copa Libertadores (odpowiednik europejskiej Champions League) – zadebiutował w pierwszej drużynie ”Canarinhos”. Dołożył do tego tytuł dla najlepszego piłkarza ligi brazylijskiej. Jego kariera rozwijała się wyjątkowo dynamicznie i wróżono mu świetlaną przyszłość, ale wierzono, że spełni ją na brazylijskich boiskach. Wtedy na horyzoncie pojawili się skauci Realu Madrytu, którzy umieścili genialnego Brazylijczyka na pierwszym miejscu swojej transferowej listy życzeń. O skali tej historii niech poświadczy fakt, że temat jego przenosin do Hiszpanii i związanych z tym emocjami postanowili wykorzystać lokalni przestępcy, którzy porwali jego matkę by zażądać od piłkarza okupu za jej uwolnienie.

Jednak stało się. W 2005 roku Robinho podpisał pięcioletni kontrakt z Realem Madryt, a rok później pojechał z narodową reprezentacją na mundial do Niemiec. Zagrał we wszystkich spotkaniach, jakie Brazylia rozegrała na tym turnieju, czyli w pięciu. W tamtym okresie wydawało się, że piłkarski świat stoi przed (wówczas 22-letnim) Robinho otworem. Niestety czas pokazał, że w istocie tylko się tak wydawało. Kontraktu z Realem nie wypełnił. Odszedł po trzech latach do Anglii by tam spróbować swoich sił. Tam jednak też mu się nie powiodło. Na wyraźnie słabnącym gwiazdorze włodarze Manchesteru City poznali się dość szybko, bo zaledwie kilka miesięcy po przyjściu na Etihad Stadium został wypożyczony. Wrócił do Santosu by tam się odbudować. 31 sierpnia 2010 roku podpisał kontrakt z włoskim AC Milan, który miał być dźwignią do wielkiego powrotu na piłkarskie salony w Europie. Niestety. Sportowy coming out, jaki zaliczył we Włoszech tylko przybliżył w czasie jego rozbrat z poważnym futbolem. Od 2014 roku regularnie wypożyczany. Najpierw ponownie do Santosu, a następnie tułaczka po dość egzotycznych miejscach na futbolowej mapie świata. Dość powiedzieć, że grał w takich ligach jak chińska Chinese Super League czy turecka Super Lig. W międzyczasie ponownie wrócił do Brazylii, tym razem jednak nie był to Santos lecz Atletico Mineiro. 

Po licznych niepowodzeniach w Europie i Azji postanowił wrócić do ojczyzny. W październiku 2020 roku 36-letni Robinho podpisał kontrakt z FC Santos, jednak od początku umowie między Brazylijczykiem a klubem towarzyszyły nie małe napięcia czy nawet protesty, i to nie podeszły (jak na piłkarza) wiek o tym decydował, lecz niełatwa przeszłość, która wróciła niczym bumerang.

Co więc dziś robi Robinho, skoro nie gra w piłkę?

Dziś niegdyś wielka nadzieja brazylijskiej piłki zmaga się z demonami przeszłości, które regularnie wracają, bo tak się jakoś składało w jego życiu, że niepowodzenia na boisku odbijał sobie na polu prywatnym by nie powiedzieć, choć to chyba jednak spore nadużycie, towarzyskim. Za czasów jego pobytu w Mediolanie Robinho został bohaterem afery na tle seksualnym. 23 listopada 2017 roku włoski sąd pierwszej instancji uznał Robsona de Souze winnego udziału w zbiorowym gwałcie, do jakiego doszło w jednym z mediolańskich klubów. Wyrok: 9 lat bezwzględnego więzienia. Obrona zapowiedziała apelację podważając fakt udziału piłkarza w wyjątkowo odrażającym akcie przemocy na tle seksualnym, jakim bez wątpienia jest zbiorowy gwałt. Jak nie trudno się domyślić Robinho do winy się nie przyznaje. Obrońca piłkarza zapowiedział odwołanie do włoskiego Sądu Kasacyjnego, czyli instytucji najwyższej instancji we Włoszech. W piłkę w najbliższym czasie też sobie nie pogra. Klub postanowił zawiesić z nim kontrakt.

To zresztą nie był jego pierwszy raz. Dużo wcześniej w 2009 roku Brazylijczyk został zatrzymany pod zarzutem napaści na tle seksualnym i wówczas także twierdził, że jest niewinny. Tylko, że wtedy rzeczywiście winy mu nie udowodniono, ale teraz jego położenie jest już nieco inne.

Zła sława, jaka na nim ciąży obecnie nie pozwala piłkarzowi na kontynuację sportowej kariery. Gdy inwestorzy klubu FC Santos dowiedzieli się, co nowy a de facto stary nabytek drużyny, którą finansują robił (co prawda poza boiskiem, ale jednak) w Europie zagrozili władzom klubu bojkotem czy nawet wycofaniem finansowania. Jeden z nich zresztą przeszedł od słów do czynów i wycofał się. Swoją decyzję tłumacząc ,,szacunkiem do swoich klientek”.

W grudniu 2020 roku włoski sąd apelacyjny podtrzymał wyrok sądu pierwszej instancji z 2017 roku, a więc zgodnie z włoskim prawem Robinho zamiast grać w piłkę powinien stawić się we Włoszech na odbycie kary więzienia. Tu się jednak zaczynają schody. Po pierwsze: Robinho przebywa obecnie w Brazylii i raczej niewiele wskazuje na to by wybierał się do Włoch, a po drugie oba kraje nie mają podpisanej między sobą umowy ekstradycyjnej. Dlatego nawet w przypadku wniosku strony włoskiej o ekstradycję piłkarza Brazylia nie będzie miała obowiązku spełnić tej prośby. Jak zatem potoczą się losy najbliższej przyszłości Robinho?

W to, że Robinho trafi za kratki raczej mało kto wierzy, ale z drugiej strony jeżeli rzeczywiście ma na koncie udział w czymś tak makabrycznym jak zbiorowy gwałt to nie ma chyba większego znaczenia czy miałby jeszcze grać we Włoszech, Hiszpanii czy Brazylii. Wszędzie będzie żył z piętnem gwałciciela, który zniszczył sobie życie i karierę, a to piętno którego nie da się zmyć ot tak, piękną bramką czy serią imponujących zwodów. Jest przecież w każdym społeczeństwie pewien pierwiastek ludzkiej wrażliwości i empatii, który w przypadku pewnych uczynków nie pozwala przejść nad nimi do porządku dziennego. Bo ponad wszelką wątpliwość to są sytuację z serii: było, lecz nie minęło.

Fot. Getty Images

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Facebook