Obecny protest – nie ma żadnego tła społecznego, lecz czysto polityczne. O sytuacji na Białorusi rozmawiamy z Mateuszem Piskorskim

2 1

Białoruś to temat obecnie nr jeden w Polsce i Europie. W związku z tym postanowiłem zadać kilka pytań niezależnemu obserwatorowi wschodniej sceny politycznej  dr.Mateuszowi Piskorskiemu. Od wielu lat jest obiektywnym analitykiem jej, w przeszłości także dziekanem Wydziału Nauk Politycznych Wyższej Szkoły Stosunków Międzynarodowych i Amerykanistyki w Warszawie. Publikował także swoje teksty m.in. w „Polityce Narodowej”, „Obywatelu”, „Myśli Polskiej” i „Myśli.pl”. Poseł na Sejm V kadencji.

 

Panie Mateuszu jest pan wnikliwym obserwatorem rosyjskiej sceny politycznej. Pana zainteresowanie tematem wynika z czego ?

– Uważam, że Rosja jest naszym najistotniejszym – obok Niemiec – sąsiadem. Okazuje się jednak, że o sąsiadach, a szczególnie o Federacji Rosyjskiej, wiemy najmniej. Dominują emocje i stereotypy, banalne, prymitywne hasła na temat rzeczywistości kraju, o którym większość naszych polityków i dziennikarzy wie naprawdę niewiele. Niestety, również wiedza politologów – poza kilkoma chlubnymi wyjątkami w rodzaju prof. Stanisława Bielenia z Uniwersytetu Warszawskiego – jest śladowa. Zmarły niedawno, jeden z najwybitniejszych polskich intelektualistów XX i XXI wieku, znakomity i szanowany na całym świecie znawca Rosji prof. Andrzej Walicki powiedział rok temu, że w Polsce „popierano z zapałem godnym lepszej sprawy, Jelcynowskie reformy ekonomiczne, które przyniosły Rosji (również w opinii ich amerykańskiego współtwórcy, Jeffreya Sachsa, który przyznał się do tragicznej omyłki) bezprecedensową klęskę gospodarczą, obniżającą poziom życia ludności prawie o połowę, skracającą o kilka lat średnią życia i – tym samym – radykalnie podważającą w Rosji autorytet rynkowej demokracji. Do Władimira Putina, który jednak wyciągnął Rosję z zapaści, odnoszono się wrogo nie tylko dlatego, że wzmocnił w Rosji tradycyjnie autorytarne (‘wertykalne’) struktury władzy, ale głównie dlatego, że mu się powiodło”. Szczerze mówiąc, jestem konsekwentnie zdziwiony postawą polskich elit politycznych i dziennikarskich. Niech będzie, wyznają obłędną – moim zdaniem – doktrynę rusofobii, ale nawet jeśli traktują tę Rosję jak wroga, wypadałoby, żeby tego wroga znali. Tymczasem, tępa nienawiść zaślepia ich do tego stopnia, że nie są w stanie przeprowadzić elementarnej analizy faktów. Ja staram się taką analizę prowadzić, unikając emocji, choć nie ukrywam, że do Rosji jako pewnej odrębnej przestrzeni geopolitycznej i cywilizacyjnej odnoszę się z sympatią, to znaczy uważam, że Warszawa powinna w Moskwie poszukiwać partnera, a nie karmić się złudzeniami o partnerskiej współpracy z imperium zza oceanu, które wykorzystuje nas w charakterze taniego prowokatora i kundla ujadającego na wszystkich oponentów Waszyngtonu. Obowiązkiem naszym jest znajomość tego, co dzieje się u sąsiadów Polski. To dla mnie oczywiste.

Protesty na Białorusi, czy uważa pan, że są inspirowane przez zachód? Jeśli tak to, jaki jest cel destabilizacji Białorusi? Bo na pewno do tego dostąpi i co wtedy?

– Uważam, że są inspirowane, nie tylko przez Zachód i nie przez cały Zachód. Zachód to zresztą pojęcie mgliste, mało precyzyjne. Próba tzw. kolorowej rewolucji podjęta w Mińsku miała bardzo wiele różnych sponsorów. Niektórzy z nich pochodzili z Zachodu, inni ze Wschodu. Łączył ich interes, który miał polegać na tym, że dążono do sprywatyzowania wartego od 120 do 150 mld dolarów przemysłu białoruskiego pozostającego w rękach państwa. Część ze sponsorów zachodnich uznała ponadto, że zdobycie przyczółka białoruskiego otworzy bramę do Rosji, pozwoli w niedalekiej przyszłości na przeniesienie podobnego modelu destabilizacji do Moskwy. Nawet jeśli im się to teraz nie udało, to cel ten pozostanie nadal aktualny i będą dążyć do jego realizacji w kolejnych latach. Mamy tu zatem sojusz wielkiego kapitału ostrzącego sobie zęby na całkiem nieźle rozwiniętą gospodarkę białoruską (przykłady jej sukcesów, choćby w przemyśle maszynowym, to MAZ, MTZ, MZKT czy BiełAZ) z amerykańskimi jastrzębiami realizującymi spuściznę Zbigniewa Brzezińskiego przy pomocy lokalnych satelitów na czele z Polską. Uważam, że pierwsza próba zorganizowania białoruskiego „majdanu” zakończyła się porażką z kilku przyczyn. Po pierwsze, nie ma tam podłoża do protestów społecznych. Po drugie, nie ma konfliktów etnicznych czy wyznaniowych. Po trzecie, w kluczowym momencie za plecami Aleksandra Łukaszenki stanął Władimir Putin, dając wszystkim – mam nadzieję – bardzo czytelny sygnał. W interesie Polski jest stabilna, rozwinięta, przestrzegająca praw mniejszości polskiej Białoruś. Wiemy, że taka jest Białoruś Aleksandra Łukaszenki. Nie wiemy, czy taka byłaby Białoruś przejęta przez obecną, czy jakąś inną, naprędce wykreowaną opozycję.

Łukaszenko jest nieustępliwy, czy środki podjęte przez niego w celu tłumienia zamieszek są racjonalne?

– To nie jest, w mojej ocenie, kwestia decyzji samego Aleksandra Łukaszenko. Przypomnijmy sobie przypadek ukraiński sprzed paru lat. Byłem w 2013 i 2014 roku w Kijowie i widziałem, jak wszystko to się odbyło. Otóż polecenie tamtejszemu Berkutowi (oddziałom specjalnym MSW wyszkolonym do tłumienia zamieszek) do wkroczenia na majdan wydał szef administracji ówczesnego prezydenta Wiktora Janukowycza Siergiej Liewoczkin. Zrobił to bez wiedzy swojego zwierzchnika, powołując się na niego. W efekcie podjęto próbę gaszenia niewielkiego pożaru benzyną i wywołano kataklizm. Liewoczkin wyjechał gdzieś na Lazurowe Wybrzeże, skąd teraz przylatuje jako parlamentarzysta na obrady Rady Najwyższej Ukrainy. Janukowycz i jego ludzie znaleźli się na emigracji, a gdyby nie udało im się uciec, pewnie spotkałby ich los Nicolae Ceausescu i Muammara Kaddafiego. Nie wiem, kto był białoruskim odpowiednikiem Liewoczkina, ale jestem przekonany, że ktoś taki się znalazł. Ktoś wydał rozkazy brutalnego reagowania milicjantom, choć nie było to konieczne. Ktoś liczył na to, że ta nieuzasadniona brutalność jeszcze bardziej zaogni sytuację. Pewnie za jakiś czas dowiemy się, kim był ten człowiek lub grupa ludzi. Obstawiam jednak, że chodzi o kogoś w kierownictwie MSW. Po kilku dniach, jak się wydaje, Aleksandr Łukaszenko opanował sytuację. Co do jego nieustępliwości, to miałem okazję go spotkać podczas moich wizyt w Mińsku z Andrzejem Lepperem, i wiem, że jest to istotnie wyjątkowo twardy zawodnik, niezwykle zdeterminowany, by nie poddać Białorusi zewnętrznemu dyktatowi. On ma bardzo twardy rdzeń ludowego patriotyzmu w sobie, kręgosłup, którego nie da się tak łatwo złamać. Nie można go porównywać do Janukowycza, który był człowiekiem ogólnie rzecz, biorąc słabym i niemającym żadnej wizji dla własnego kraju. Jednocześnie do prezydenta Łukaszenki docierają racjonalne argumenty i właśnie stąd jego gotowość do dialogu, do zmian konstytucji, ale nie pod naciskiem szantażu i dyktatem, a raczej wtedy, kiedy to on będzie określał warunki i sposób dyskusji.

Prezydent Białorusi oskarża Polskę i Litwę, że dążą do destabilizacji jego kraju. Czy to oskarżanie ma jakieś podstawy?

– Mają podstawy bardzo istotne. Na Litwie ukształtował się ośrodek emigracyjny białoruskiej opozycji, która ucieka tam po klęsce kolorowej rewolucji. Polska działała na trzech płaszczyznach. Po pierwsze, pojechali tam polscy „doradcy” w rodzaju Sławomira Sierakowskiego, który chwalił się w TVN24, że protestującym przekazywane są „instrukcje”. Szkoda, że przy okazji nie przyznał, jakie stawki są im wypłacane. Drugi ośrodek to bojówkarze, przedstawiający się jako studenci pseudonacjonaliści, zaprzyjaźnieni z neobanderowcami z batalionu „Azow”. Notabene, patrząc na ich zdruzgotanie po krótkim pobycie w białoruskim areszcie, dochodzę do wniosku, że rewolucjoniści z nich żadni. Po trzecie, mamy wsparcie medialne w postaci jawnie antybiałoruskiego kanału Biełsat, który stoi za kanałem Nexta w mediach społecznościowych. Nikt nie powinien wierzyć w bajkę, że za Nextą stoi jakiś 22-letni białoruski student przebywający w Polsce. To wszystko profesjonalnie zbudowana i nieźle opłacana sieć stworzona wokół środowiska Biełsatu. Ktoś mógłby powiedzieć, że wszystkie te trzy elementy nie mają nic wspólnego z działaniami polskich władz. Mają. Wystarczy posłuchać premiera Mateusza Morawieckiego, który ogłasza program wsparcia i finansowania dla tych ośrodków. Uważam przy tym, że między bajki powinniśmy włożyć teorie pojawiające się w niektórych białoruskich mediach o rzekomym zaangażowaniu w Mińsku jakiejś jednostki Wojska Polskiego odpowiedzialnej za tzw. operacje psychologiczne. Polska armia i służby specjalne są zbyt słabo wyszkolone do przeprowadzania tego typu operacji. Robią to cywile, często zresztą opłacani nie tylko z polskiego budżetu, ale również ze środków zagranicznych fundacji i sponsorów.

Jak według pana, wygląda życie codzienne zwykłych Białorusinów?

– Poziom życia na Białorusi jest znacznie wyższy od analogicznego poziomu we wszystkich innych krajach poradzieckich. Jeśli porównamy siłę nabywczą przeciętnie zarabiającego obywatela z Ukraińcami, Rosjanami (poza Moskwą, Sankt Petersburgiem i kilkoma innymi ośrodkami), czy nawet mieszkańcami krajów bałtyckich, to wyjdzie nam, że Białorusini mają o jakieś 30-40% lepiej pod tym względem. Trzeba przy tym podkreślić, że to wszystko zasługa nie tyle jakichś wysokich wynagrodzeń, ile bardzo wielu programów państwowych gwarantujących dostępność mieszkań, żłobków i przedszkoli, służby zdrowia. Łukaszenko zachował z czasów radzieckich, to co się sprawdzało, czyli infrastrukturę społeczną i kluczowe gałęzie przemysłu. Nie pozostawił ich w takim stanie, w jakim były w epoce Michaiła Gorbaczowa, tylko zmodernizował i rozwinął. W zakresie świadczeń społecznych i poziomu aktywnej polityki socjalnej państwa Białoruś bliżej jest modelu skandynawskiego państwa dobrobytu niż anglosaskiego neoliberalizmu, który przyjęto za wzór m.in. u nas. Wskazujący na nierówność dystrybucji dochodów współczynnik Giniego jest tam znacznie niższy niż u nas. Znam jednocześnie średnich białoruskich przedsiębiorców, którym również wiedzie się nie najgorzej; gorset biurokratyczny jest znacznie luźniejszy niż w krajach Unii Europejskiej. Znacznie mniejszy niż w krajach sąsiednich jest również poziom korupcji, szczególnie tej drobnej, najbardziej dokuczliwej w codziennym życiu szarego obywatela. Obecny protest – jak łatwo zauważyć – nie ma żadnego tła społecznego, lecz czysto polityczne.

I na koniec naszego wywiadu najważniejsze pytanie. Czy prezydent Rosji wyśle swoje wojska na Białoruś i jakie mogą być tego konsekwencje?

– Nie. Nie musi. Białoruś jest państwem członkowskim Organizacji Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym. Jeśli doszłoby do agresji militarnej przeciwko niej, to Rosja będzie zobowiązana do reakcji. Nie sądzę jednak, żeby taki scenariusz miał miejsce. Najpoważniejszą konsekwencją obecnego kryzysu będzie zapewne pogłębienie integracji politycznej i militarnej Białorusi z Rosją. Tylko taka integracja może zabezpieczyć obie strony przed kolejnymi próbami kolorowych rewolucji inspirowanych z zewnątrz.

Serdecznie dziękujemy za wywiad.

Foto: Mateusz Piskorski/archiwum własne, CC0, Pixabay.

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Facebook