Toksyczna miłość Amerykanów do Trumpa. Nie żyje policjant, który bronił Kapitolu przed zwolennikami Trumpa, choć sam do nich należał

1 0

Toksyczna miłość Amerykanów do Trumpa. Nie żyje policjant, który bronił Kapitolu przed zwolennikami Trumpa, choć sam do nich należał.

Nie milkną echa głośnych wydarzeń do jakich doszło w środę 6 stycznia w Kapitolu, gdzie zebrał się amerykański Kongres by zatwierdzić podjętą przez Kolegium Elektorów decyzję o zwycięstwie w wyborach prezydenckich Joe Bidena. Trump, który nie mógł się pogodzić z przegraną, od kilku tygodni nawoływał swoich zwolenników do trwania przy swojej racji niezależnie od ceny, jaką przyjdzie za to ponieść. – Wygraliśmy te wybory z miażdżącą przewagą! – deklarował czy raczej grzmiał ustępujący prezydent. Niegdyś oceniany jako charyzmatyczny, a obecnie klasyfikowany raczej w kategoriach szaleńca, polityk rozpalił serca swoich zwolenników na tyle skutecznie, że ci ulegając jego narracji przeprowadzili szturm na świątynie amerykańskiej demokracji – Kapitol, co było wydarzeniem w dziejach USA bezprecedensowym. Skutkiem czego śmierć poniosły cztery osoby. Tak przynajmniej wyglądały statystyki tych dantejskich scen jeszcze do wczoraj. Dziś bowiem Departament Policji Kapitolu USA zaktualizował śmiertelne dane, które wzrosły do pięciu.

Piąta ofiara próby puczu jest o tyle bolesna, co pouczająca. Pomaga wszak zrozumieć, jakiego formatu nie tylko człowiekiem, ale nade wszystko politykiem jest Donald Trump. 7 stycznia ok. godz. 21:30 w jednym ze szpitali w wyniku obrażeń, jakich doznał w walkach o Kapitol zmarł oficer Policji Kapitolu Brian Sicknick. Miał 42 lata. Podobnie jak ci, z rąk których zginął, sympatyzował z (jeszcze) urzędującym prezydentem USA Donaldem Trupem. Amerykańscy policjanci dowiedziawszy się o śmierci Briana Sicknicka w wyjątkowo symboliczny sposób uczcili pamięć tragicznie zmarłego kolegi.

Jak widać w tych gorszących scenach doszło do nie tyle bratobójczej, co wręcz autodestrukcyjnej walki, którą od samego początku inspirował ten, który z zasady miał tych ludzi łączyć i być gwarantem ich bezpieczeństwa. Jak się okazało nie był. Trump posunął się do rzeczy nie tylko haniebnej, ale wręcz niewybaczalnej. Użył najwyższej wartości, jaką jest ludzkie życie, do uskutecznienia swojej  brudnej, politycznej gry. W myśl zasady: do celu po trupach, potraktował życie swoich zwolenników jako kartę przetargową, co czyni go (tak przynajmniej wskazują komentarze za Oceanem) politycznym trupem. Oczywiście jak zawsze w takich przypadkach pojawi się grupa zwolenników różnego rodzaju teorii spiskowych, którzy z fanatyczną – nomen omen godną wyznawcy dżihadu – wiarą będą przekonywać tych ”nieświadomych”, że Trump to w istocie… ofiara międzynarodowego spisku. Że sfałszowali wybory na rzecz Bidena, bo Trump by im się (sic!) postawił. I takie tam.

Fakty są jednak takie, że Trump w swojej prywatnej wojnie o utrzymanie władzy przegrał wszystkie procesy w sądzie, jakie złożył wobec domniemanym fałszerstwom wyborczym, które miały umożliwić zmianę lokatora w Białym Domu. Co więcej: wnioski sądowe Trumpa odrzucali nawet tacy sędziowie, którzy sympatyzowali z Republikanami, a więc siłą rzeczy z Trumpem. Mało? Niczym domek z kart wali się teoria Trumpa w momencie opublikowania jego rozmowy telefonicznej z sekretarzem stanu Georgia Bradem Raffenspergerem, w trakcie której prezydent domagał się od rozmówcy ,,znalezienia takiej liczby głosów” by ten w tym stanie mógł wygrać, co pomogło by ubiegającemu się o reelekcję prezydentowi zwyciężyć. Jak na kogoś, kto uważa się za ofiarę procesu wyborczego to dość wysublimowane żądanie.  Jednak dla wyżej wymienionych wyznawców łatwiejszej wersji rzeczywistości nie jest to przekonujący argument. Dla nich sprawa jest prosta, a ów rzeczywistość czarno-biała: są oto dwa obozy. Ci, co służą prawdzie czyli my i ci, którzy tym pierwszym chcą odbierać wolność, czyli ci źli. Do takich właśnie ludzi Trump najczęściej trafiał, co nie jest dziwne o tyle, że są to osoby wyjątkowo łatwe do sterowania, a to mechanizm typowy dla stylu rządzenia, jaki zaproponował Donald Trump. Dla nich był ucieleśnieniem ich fantasmagorii traktujących o współczesnym świecie. Często geopolitycznym świecie.

Problem jednak w tym, że w ostatecznym rozrachunku ich idol zamiast ich obronić przed tym złem poprowadził ich na bój z którego wrócili w plastikowym worku. Bój w którym walczyli w obrębie własnego obozu. Tak w istocie wygląda kres drogi wyznawców politycznego egocentryzmu i kultu jednostki jako zbawcy narodu. Trump od początku swojej prezydentury uchodził za osobę nieszablonową, by nie powiedzieć nieprzewidywalną. Jednak po tym jak z pełną premedytacją użył swojego kapitału politycznego o tak tragicznej reperkusji odchodzący w cień, o ile nie w niepamięć, prezydent jawi się jako obiekt westchnień ludzi, którzy padli ofiarą toksycznej miłości. A ta ma to do siebie, że najpierw ogołaca z godności by potem odebrać życie…

Paweł Auguff

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Facebook